Babska załoga- odc3


Odcinek 3
  Nasz samolot po prostu się zepsuł. Musiał akurat dziś?! Czułam, że coś się wydarzy. Całe szczęście panika Mery była niepotrzebna. Udało nam się szczęśliwie wylądować w porcie lotniczym  Phoenix Sky Harbor. Lotnisko było piękne, ale nie zmieniało to faktu, ze do celu, czyli do Los Angeles zostało nam jeszcze prawie 600 kilometrów. Kolejny samolot miał być podstawiony za kilka godzin. Miałyśmy, więc do wyboru: koczować bezczynnie na lotnisku przez dziewięć godzin lub poszukać jakiegoś innego transportu do Los Angeles.
-Ja do samolotu już nie wsiądę, nie namówicie mnie za nic w świecie!- Mery protestowała stanowczo. Chyba miała już dość wrażeń jak na jeden dzień.
-Zwariowałaś! Ja nie mam ochoty trzaskać się jakimś zatłoczonym autobusem z tą wielką walizką!- Lil miała taką dużą walizkę, że wystarczyłaby na pół roku pobytu w Los Angeles.
-W takim razie głosujemy!- Vera jak zwykle chciała rozwiązać problemy polubownie. – Kto jest za wycieczką autokarem?
-Ja!- Mery, aż podskoczyła podnosząc rękę do góry.
-Ja też wolę przemieszczać się po ziemi.- Vera przytaknęła Mery.
-A ja chcę lecieć!- Lil szalała ze złości.
-Ja też wole samolot, nie mam ochoty pomagać Lil w taszczeniu jej bagaży.-Andrea oddała  głos.
-Dzięki, znów muszę decydować. Czy zawsze musicie mi to robić?
-Dobrze się zastanów!- Lil patrzyła na mnie surowo.
-Ja przeanalizuję sytuację, żeby wytłumaczyć wam mój wybór. Na samolot musimy czekać od pięciu do dziewięciu godzin, a autokarem możemy dotrzeć do Los Angeles w ciągu niecałych sześciu godzin.  Myślę Lil, że masz ochotę na ciepłą kąpiel w eleganckim pokoju hotelowym nawet za cenę pomęczenia się z własnym bagażem?
-Chyba masz rację! Jedźmy, bo już mnie tyłek boli od tych twardych lotniskowych krzesełek.- Lil zrozumiała moją sugestię.
-Świetnie, więc sprawa załatwiona!- Vera odetchnęła z ulgą.
Każda schwyciła swoją walizkę i pognałyśmy pędem do wyjścia. Na zewnątrz było całkiem miło. Lekki wiaterek i wyglądające zza chmur słońce dodało nam otuchy. Niestety nigdzie nie widziałyśmy przystanku.  Niedaleko nas stał młody mężczyzna, wyróżniał się z tłumu wzrostem. Musiał mieć chyba ze dwa metry. Do tego był całkiem przystojny. Szczupły, ciemne włosy, opalona skóra.
-Idę! Zapytam go gdzie tu jest jakiś transport. – Lil, nie tylko go zauważyła, ale postanowiła działać.
-Cała Lil!- Vera pokręciła głową.
-Chyba jednak te bagaże nie są takie ciężkie, leci do niego jak motylek na skrzydełkach.-Andrea zaśmiała się głośno.
Wszystkie parsknęłyśmy śmiechem. Lil potrafiła przezwyciężyć wszelkie niedogodności, aby schwytać w swoje sidła kolejną ofiarę.
Przyglądałyśmy się jak czaruje wysokiego mężczyznę, który o dziwo wcale na nią nie zerkał spod ciemnych okularów. Wskazał jej dłonią kierunek i uśmiechnął się lekko. Lil zamachnęła się ręką w naszym kierunku i pobiegła na przód. Podążyłyśmy wzrokiem za jej palcem. Stało tam nasze zbawienie, autobus, do, którego kolejka w szybkim tempie malała miał wielki napis Los Angeles. Pognałyśmy za Lil. Żadna z nas już nie interesowała się przystojniakiem, z którym przed chwilą rozmawiała. Marzyłyśmy żeby w końcu usiąść wygodnie i zbliżać się z każdą minutą do upragnionego Miasta Aniołów.
Wreszcie dotarłyśmy. Zmęczone i zadyszane zdążyłyśmy w ostatniej chwili. Lil w tym czasie  usadowiła się  na tylnim siedzeniu i zająć nam miejsca.
-To jak moje skarby ruszamy!- zakrzyknęła dumna z siebie.
-Lil ja cię kiedyś zatłukę!- Andrea była wściekła.
Lil zawsze wszystko się udawało i to bardzo irytowało Andree. To jej Lil zawsze dawała najbardziej popalić. Kochały się jak pies z kotem, ale nie mogły bez siebie żyć.
Autobus ruszył. 
-I jak fajny ten facet, z którym rozmawiałaś. Coś mi się wydaję, że był nieczuły na twoje umizgi Lil. Czyżbyś straciła swoją moc?- Andrae odgryzła się Lil, przy pierwszej nadarzającej się okazji.
-Nie trafiłaś Andy.- Lil używała tego zdrobnienia, kiedy chciała dokuczyć Andrei- To bardzo miły i uczynny mężczyzna. A jaki miał głos… Żałuj, że nie słyszałaś.
-Słyszałam! Jak biegłyśmy to krzyczał coś „ Czekaj, stój zapomniałaś torby”. O cholera!
On krzyczał chyba na ciebie Lil.- Andrea roześmiała się głośno.
-Co!? Zwariowałaś! Mam wszystkie bagaże.- Lil siedziała spokojnie
-Jesteś pewna? To, dlaczego on stoi tam nadal i wymachuje różową walizką?
Lil podskoczyła nerwowo odwracając głowę w tył.
-O Boże! Moja pinki! Nie! – Lil wpadła w rozpacz.
-Zatrzymać autobus! Proszę się zatrzymać!- wrzeszczała do kierowcy.
-Przykro mi, ale mamy już duże opóźnienie i nie mogę się zatrzymać. Najbliższy przystanek za około trzysta kilometrów.- miły starszy pan delikatnie uspokoił Lil.
-Ale on ma moją walizkę!- Lil wciąż krzyczała zrozpaczona.
-Czy jest podpisana?
-Tak, ale co to ma do rzeczy? Ja jej potrzebuję!
-Proszę się uspokoić! Nie mogę się zatrzymać, a ten pan na pewno odeśle pani walizkę na wskazany adres.
-Lil usiądź, nic nie poradzimy. Co było w pinki?- starałam się ja pocieszyć, choć wiedziałam, że będzie ciężko. Lil nigdzie nie ruszała się bez pinki.
-Wiesz Betty, że ja bez pink nie mogę!- Lil płakała jak dziecko.
-Wiem, ale pomożemy ci może uda się ją odzyskać. Czy masz na niej numer telefonu?
-Numer jest w moim notatniku. Myślisz, że on zadzwoni?
-Jeśli otworzy pinki pewnie znajdzie numer.
-Boże tylko nie to! Tam jest mój pamiętnik!- Lil zatrzęsła się z przerażenia.
-Spokojnie myślę, że nie posunie się do tego, żeby go przeczytać.
Nagły dźwięk dzwonka spowodował, że  Lil przestała oddychać.
-Spokojnie kochanie oddychaj!- Vera wachlowała ją swoją workowatą bluzką.
Andrea wyjęła telefon z torebki Lil.
-Jakiś nieznany numer, odebrać?
-Betty ty to zrób.- Lil chyba mnie uważała za najbardziej rezolutną z nas, bo zawsze pomagałam jej w kryzysowych sytuacjach.
-Tak, słucham… Dobrze… Około trzysta kilometrów… Dziękuję panu, do zobaczenia.
-I co?- usłyszałam równo cztery głosy.
-Miałaś racje ma ładny głos. – uśmiechnęłam się do Lil.
-Błagam cię Betty mów!- Lil była przerażona.