Babska załoga – odc 4


Odcinek 4
        Mina Lil wskazywała, że jeszcze chwilę pomilczę i wpadnie w szał. Wolałam nie ryzykować.
-Ten miły pan jedzie z twoją pinki. Niestety ma do załatwienia kilka rzeczy po drodze, więc pojedzie inną trasą, ale spotka się z nami na postoju za jakieś trzysta kilometrów.
-O matko! Za trzysta kilometrów! To jakiś koszmar. A jeśli on przeczyta… Nie!- Lil szalała.
-Nie Lil! Uspokój się, nie przeczyta, bo musi prowadzić samochód. To chyba oczywiste…
-Widocznie dla blondynek nic nie jest oczywiste.- odcięła się Andrea.
-Zaraz cię rozszarpie ty małpo!- Lil rzuciła się ze swoimi różowymi szponami na Andree.
Dziewczyny przez chwile szarpały się za włosy na tylnym siedzeniu zwracając tym samym uwagę wszystkich pasażerów.
-Błagam was uspokójcie się to nie po katolicku rozwiązywać konflikty siłą.- Vera próbowała je pogodzić, oczywiście nieskutecznie.
-Zaraz wyrzucą nas z autobusu, a wtedy już nigdy nie odzyskasz pinki. – Mery wyciągnęła prawidłowe wnioski widząc rozzłoszczoną minę kierowcy.
Dopiero ten argument poskutkował. Lil odskoczyła od Andrei, poprawiła włosy i krótką, różową spódniczkę, która podczas szarpaniny podsunęła się niebezpiecznie wysoko.
-Rozejm, muszę odzyskać pinki.- tonem niemal rozkazującym odezwała się do przeciwniczki.
-Tym razem ci daruję, ale jeszcze się za to odegram zapamiętaj to sobie.- Andrea była wściekła.
Lil podczas szarpaniny rozerwała jej kamizelkę pozbawiając dwóch guzików. Jej nienaganna, zaczesana w tył fryzura wyglądała jak frywolny nieład. Trzeba przyznać, że Andrea wyglądała w takich poszarpanych włoskach dużo bardziej kobieco niż wcześniej. Jednak żadna z nas nie miała zamiaru jej tego powiedzieć. Zawsze, kiedy próbowałyśmy wpłynąć na jej wygląd bardzo się denerwowała. Tak bardzo nienawidziła mężczyzn, że chciała się stać jednym z nich, aby już nigdy nie zostać skrzywdzoną. Wydaje mi się jednak, że tak naprawdę była wciąż tą samą Andreą, którą znałyśmy od lat tyle, że zranioną i ukrytą pod zimną, grubą skorupą. On podobnie jak my chciała kochać i być kochaną, ale strach był silniejszy niż pragnienie zmian.
-Musze się przespać, mam już dość tej całej wycieczki. – Lil przeniosła się na wolne miejsce z dala od Andrei.
-Całe szczęście w końcu na chwilę się zamkniesz!- Andrea znów odgryzła się Lil.
-Dziewczynki spokój, proszę!- Vera bała się kolejnej wojny.
Andrea nie chcąc zawieść Very odpuściła. Odwróciła się tyłem do Lil i zasnęła. Obie przespały niemal całą drogę do postoju.
-Lil jeszcze dwadzieścia kilometrów i będziemy na miejscu.- lekko szarpnęłam ją za ramię.
-O nie! Tak długo spałam, to niemożliwe! Muszę się odświeżyć.- ta infantylność Lil była męcząca.
Miałam wrażenie, że ona tylko udaje głupiutką blondynkę, bo tak jest jej łatwiej. W rzeczywistości była bardzo inteligentną, wrażliwą kobietą, która ukrywała się pod przebraniem różowej landrynki. Pomimo, że ona i Andrea nie przepadały za sobą były bardzo do siebie podobne. Obie pragnęły się zakochać z wzajemnością, znaleźć wreszcie swoją drugą połówkę. Nie było to jednak takie proste jak mogłoby się wydawać. Wpierw musiały nauczyć się akceptować siebie, swoje słabości i wady inaczej nie miały szans na szczęście.
 Łatwo było mi je oceniać i wskazywać, co robią źle, ale sama nie potrafiłam wcielić w swoje życie wskazówek, które chciałam im dać. Nie potrafiłam pokochać siebie i stać się całą pomarańczą. Ktoś kiedyś powiedział mi, że tylko cała pomarańcza będzie zdolna pokochać inną całą pomarańczę, a wtedy będą parą idealną, będą potrafiły istnieć razem i dawać sobie szczęście, a do tego każde z nich zachowa swoją indywidualną osobowość.  Najważniejsza jest równowaga. Jeśli nie jest się pełną pomarańczą tylko jej częścią nasza podświadomość będzie szukać nam kogoś, kto wypełni lukę, zapełni dziurę. Wtedy stracimy część siebie na rzecz drugiej osoby, będziemy od niej zależni a przecież nie o to chodzi w życiu. Para to partnerzy nie wilki i owca, nie pan i służąca, nie kat i ofiara.
    Każda z nas mniej lub bardziej przyczyniła się do tego, że jest nieszczęśliwa. Musimy zaakceptować siebie i właśnie po to jedziemy do LA. Musimy poznać siebie, otworzyć się na świat, a wtedy szczęście samo przyjdzie.
-Jak wyglądam Betty?- Lil oderwała mnie od rozmyślania o naszej duchowości.
-Dobrze, nawet bardzo dobrze.
-Dzięki ty zawsze potrafisz mnie pocieszyć. Kocham cię Bet!- ramiona Lil o mało mnie nie zgniotły.
Traktowałam ją trochę jak młodszą siostrę. Była taka nieporadna życiowo, najlepiej wychodziło jej flirtowanie z mężczyznami, w tym była mistrzynią. Właśnie zdobywaniem kolejnych facetów dodawała sobie pewności. Moim zdaniem, zupełnie niepotrzebnie.
Lil przykleiła się do szyby, kiedy wjeżdżaliśmy na parking. Stało tam piękne, czerwone porsche Carrera w cabrio. Za kierownicą siedziała kobieta o lśniących, długich, kruczoczarnych włosach tuż obok niej przystojniak, z którym rozmawiała Lil na lotnisku.
-Cholera! Zajęty!- Lil była niepocieszona widząc go z kobietą.
W jej głowie na pewno układał się już plan jak poderwać tego przystojniaczka.
-Ty lepiej się martw tym, że to ona prowadzi.- Andrea zasugerowała złośliwie Lil.
-Andrea przecież to nic nie znaczy.- Mery starała się załagodzić sprawę.
-Jak to nic?! Przecież on miał cztery godziny żeby w spokoju przeczytać jej pamiętnik. Pewnie nieźle się bawił.- Andrea była coraz bardziej uszczypliwa.
-Nie sądzę, że posunąłby się do czegoś takiego. Wygląda na porządnego mężczyznę.- Mery i Vera zgodnie skinęły głową.
Lil wstała pewna siebie, wypięła pierś do przodu i udała się do drzwi. Mężczyzna już czekał przy wyjściu z pinki w dłoni. Andrea wychodząc zahaczyła obcasem o szorstki dywanik i wypadła jak długa wprost w jego ramiona przewracając go przy tym na asfalt.
-Cholera! Przepraszam, nic ci się nie stało?- Lil poczerwieniała ze wstydu.
Powoli podniosła się poprawiając sukienkę. Mężczyzna usiadł, zdjął ciemne okulary i zaczął się głośno śmiać.
-Z czego się śmiejesz dupku?- Lil zareagowała agresywnie. Była pewna, że śmieje się z niej, nie nawiedziła takich niepewnych sytuacji.
-Bo widzisz, coś mimowolnie, na siłę próbuje nas do siebie zbliżyć.
-Mimowolnie? Co masz na myśli?- była zaskoczona.
-Ta twoja różowa walizeczka stała tuż obok mojej nogi, a ja jej nie zauważyłem. Przypuszczałem, że jest ci potrzebna, pewnie kosmetyki i takie tam kobiece sprawy, jesteś bardzo zadbaną kobietą, więc postanowiłem ją zwrócić. W środku znalazłem jednak tylko twój notatnik i pamiętnik, i tylko z tym jechałem specjalnie trzysta kilometrów. Teraz, kiedy chcę ci ją oddać ty wpadasz mi w ramiona. Przyznasz, że to dziwne.
-Doprawdy, a ja myślę, że to zwykły zbieg okoliczności. A w ogóle to skąd wiesz, że w pinki jest mój pamiętnik?- Lil była purpurowa ze złości.
Obserwowałyśmy wszystko ze środka autokaru i muszę przyznać, że nie widziałam jej jeszcze tak naturalnie złej przy żadnym mężczyźnie.
-Pinki? To ona ma imię? – zaśmiał się znów swoim mocnym, męskim głosem.
-Tak, a bo co? Coś ci się nie podoba?  Ale odbiegasz od tematu. Skąd wiesz, że w pinki jest mój pamiętnik?- pytała szorstko.
-Szukałem jakiegoś kontaktu do ciebie, więc go przejrzałem.
-Co? Jak mogłeś? Mam nadzieję, że nie przeczytałeś ani słowa, bo inaczej będę musiała cię zabić!- jej słowa zabrzmiały jak prawdziwa groźba.
-Wow, już się boję. Chyba w takim razie muszę umrzeć.- zaśmiał się łagodnie spoglądając jej głęboko w oczy.
-Ty męska świnio! Idź do tej swojej laluni i zapomnij, że miałeś mój pamiętnik w rękach i to jak najszybciej. Nie chce cie znać!- Lil schwyciła pinki i zapłakana wpadła do autobusu.
-Lil, co się stało? – Vera utuliła ją w ramionach.
-Ta męska gnida… Andrea miała rację, faceci to świnie!- Lil wciąż łkała głośno.
Kierowca zamknął drzwi i odjechał. Mężczyzna stał jeszcze długo wpatrując się w tył odjeżdżającego autobusu. Stał tak i wydawał się być zszokowany reakcją Lil. Nawet my byłyśmy zaskoczone. Uwielbiała swoją pinki. Pamiętnik pisała od dawna, ale żadnej z nas nie dała go nigdy przeczytać. Jakie tajemnice mogła w nim skrywać? Dlaczego ten mężczyzna wywołał u niej tak silne emocje? Co tam zaszło?