Miss o szkarłatnym spojrzeniu i ciąg dalszy historii napisany przeze mnie.


Marek Romański 
Miss o szkarłatnym spojrzeniu
Marek Romański (Roman Dąbrowski) – publicysta, pisarz, korespondent wojenny. Urodził się w 1910 roku w Paryżu. Pracował jako dziennikarz, w latach 1935–36 był korespondentem z wojny włosko-abisyńskiej. Prawie do końca 1944 roku przebywał w Polsce, następnie udał się na Węgry, gdzie został aresztowany przez hitlerowców i zesłany na roboty do Niemiec, skąd uciekł do Włoch. Tam wstąpił do Armii Andersa. Po demobilizacji wyjechał do Argentyny, gdzie redagował polonijne gazety. Zmarł w roku 1974 w Buenos Aires. Zdobył popularność jako literat, publikując w latach 30. powieści kryminalno-sensacyjne (m.in. Morderstwo w atelier, Pająk, Złote sidła). W roku 1930 wydał powieść kryminalno-fantastyczną Miss o szkarłatnym spojrzeniu. Powieść z niedalekiej przyszłości.
Sala była mroczna i ciemna, jak tajemniczym i ciemnym był ów mroczny, dawno niezamieszkały i ku ruinie chylący się dom, leżący w najobskurniejszym zaułku nowojorskiego portu. Pierwszy rzut oka wskazywał, że dom ten był starym składem towarów i że z niego przerobiony został na dom mieszkalny. Pozostałością z owych czasów, gdy budynek ów był składem towarów, były ciężkie drewniane okiennice, które szczelnie od lat były zamknięte. Nie wiele wiedziano, kto był właścicielem owego opustoszałego domu, którego brama z rzadka się otwierała i po prawdzie nikogo nie obchodziło to specjalnie. Ten jednak, kto by się interesował tą sprawą, mógłby się dowiedzieć po długich staraniach, że dom ten drogą spadku doszedł do rąk jakiegoś bogatego japońskiego kupca, który przez szereg lat nie zdecydował się, ani na zburzenie starego budynku, ani na wzniesienie nowego, ani też na wyciągnięcie z domu jakichkolwiek praktycznych korzyści. Być może zapomniał nawet o nim zamożny właściciel i jedynie dwa pokoje na parterze zajmował jakiś milczący Japończyk lat średnich, co do którego trybu życia też nie wiele szczegółów posiadali nieliczni mieszkańcy tej ulicy, była to bowiem ulica magazynów i składów portowych.
Owej ciemnej i bezksiężycowej nocy, dom sprawiał wrażenie równie ponure i martwe, jak zazwyczaj. Drewniane okiennice były zamknięte, jak zawsze, nic nie wskazywało na to, iż w domu tym są jakiekolwiek żywe istoty. A jednak dom nie był pusty. Na zewnątrz sprawiający wrażenie martwego – dom ten żył. Pod osłoną nocy i zakrytego chmurami nieba przez zaułek przemykały się, bezszelestnie i cicho, czarne cienie.
Cienie te zdążały właśnie do owego opustoszałego domu. Na umówione stuknięcie do drzwi budynku, brama otwierała się cicho, na jeden moment tylko, wpuszczając do środka przybysza, po czym zamykały się znowu bez szmeru, jakby nie człowiek a duch był odźwiernym. W wielkiej mrocznej sali, oświetlonej mdłym światłem świec, elektryczności bowiem nie zapalano, by jakiś zdradziecki błysk światła nie przedarł się przez okiennice, gromadzili się bracia sprzysiężenia.
Sala sprawiała wrażenie jakiejś średniowiecznej komnaty. Była surowa i pusta, jedynym jej umeblowaniem był wielki stół, stojący pod jedną ze ścian sali oraz ławy ustawione tak iż wraz ze stołem tworzyły regularny czworobok. Na stole stały dwa kandelabry ze świecami, które rozbłyskiwały w półmroku, rzucając na ściany i kąty sali upiorne, ponure cienie. Za stołem stały trzy krzesła.
Na tle tej średniowiecznej dekoracji rozmawiali z sobą, półgłosem bracia sprzysiężenia. Nie byli jednak odziani w czarne długie płaszcze, jakie nosili zwykle członkowie sycylijskiej mafii czy camorry. Nie nosili na sobie błazeńskich szat Ku-Klux-Klanu, haftowanych w półksiężyce, węże, sztylety i gryfy. Nie. Bracia sprzysiężenia byli ubrani w nowoczesne europejskie stroje, a były tam eleganckie stroje światowców i stroje uboższe, robotnicze. Jedynie na twarzach braci widniały czarne maski, które zakrywały oczy i nos, górną część twarzy aż po usta.
Braci było niewielu. Masowe zbieranie było niebezpieczne, mogło zdekonspirować miejsce zebrań. Zebrania te odbywały się z reguły tylko wtedy, gdy do sprzysiężenia przyjmowano nowego brata. Rytuał uroczystości wymagał, by prezydium powoływało jako świadków uroczystości dwudziestu czterech braci. Poza tym bracia nie schodzili się nigdy na narady. Organizacja sprzysiężenia była wojskowa. Bracia odbierali rozkazy i musieli je ślepo wykonywać. Opór przeciw rozkazowi groził śmiercią, ale dotąd nie notowano podobnych wypadków. Członkowie stowarzyszenia w równej mierze Niemcy, jak i Japończycy, byli patriotami, byli fanatykami, dla których istniał tylko jeden cel: zwycięstwo Niemiec i Japonii.
Bracia nie znali wzajemnie swych nazwisk. Nazwiska znane były tylko wodzom sprzysiężenia. Między sobą nazywali się tylko pseudonimami.
Uroczyste przyjęcie nowego członka w poczet stowarzyszenia odbywało się jedynie dla wykazania nowowstępującemu mocy i siły organizacji i dla ostrzeżenia go przed zdradą i tchórzostwem. Na tych bowiem dwudziestu czterech braciach, którzy byli świadkami przyjmowania nowego członka do sprzysiężenia, spoczywał obowiązek dopełnienia na nim wyroku śmierci w razie dowiedzionej zdrady lub tchórzostwa. Dochodziła północ gdy na salę zebrań weszły trzy osoby, na widok których bracia rozproszeni w drobne grupki, przerwali rozmowy i skłonili się z uszanowaniem.
Przybyli odpowiedzieli podniesieniem dłoni pionowo w górę, co oznaczać miało powitanie, poczem zajęli miejsca za stołem. – Czy wszyscy bracia są w komplecie? – zapytał jeden z przybyłych. – Jest nas dwudziestu czterech – odpowiedzieli zebrani. – To dobrze, czy jest brat adept? – Czeka w przyległym pokoju – odparł japończyk, mieszkaniec domu, który spełniał funkcje gospodarza zebrania. – To dobrze – powtórzył przewodniczący – możemy zacząć obrady.
Jeden z prezydujących, ten, który siedział po prawej stronie przewodniczącego, młodego i szczupłego człowieka w sportowym odzieniu, powstał i dał znak, iż chce mówić. Bracia spiskowcy przedtem jeszcze zajęli miejsca na ławach. – Bracia „sprzysiężenia ślepego Johna” – ozwał się donośnym głosem – zebraliśmy się na coraz częstszą uroczystość przyjęcia nowego brata w nasze szeregi. Zanim przystąpimy do właściwych obrad chcę wam wyrazić pozdrowienia od tego, który chociaż przez nikogo z was nie znany, jest jednak wodzem całej organizacji, od imienia którego samo sprzysiężenie wzięło nazwę. Pozdrowienia przynoszę wam bracia od tego, który tkwiąc w sercu wroga, kieruje naszymi i waszymi krokami. Pozdrowienia od „ślepego Johna”.
Szmer był odpowiedzią na to pozdrowienie. Gdy uciszył się, zamaskowany mężczyzna mówił dalej: – Ślepy John przesyła wam pozdrowienia i dziękuje za walkę bohaterską dla naszej sprawy. Dla sprawy wielkich zwycięstw Niemiec i bratniej dalekiej Japonii. – Brat najwyższy, „ślepym Johnem” zwany, śle wam słowa otuchy. Musimy pomnażać strach i zgrozę, jaka padła na Stany Zjednoczone. Musimy dalej prowadzić nasze dzieło ofiarnie i bez wahań. Na morzach i oceanach ze zmiennym szczęściem toczy się dotąd wojna. Ale w dalekich Niemczech, w Friedrichshafen, nad Bodeńskim jeziorem, czuwa niemiecki geniusz. Budują się olbrzymy powietrzne, superzeppeliny, które niedługo przelecą ocean, by na kanał Panamski, na porty amerykańskie, rzucić wiele ton pocisków o morderczym gazie. Czy wiecie bracia, że kilka ton nowo odkrytego gazu, zwanego „thanatoidem” dziesięciomilionowy Nowy Jork obróci w cmentarzysko, w trupiarnię. Przyświeca nam hasło miłości naszej niemieckiej ojczyzny. Służymy jej i służyć będziemy pomni przykazania, iż Niemiec i na drugiej półkuli i w dziesiątym nawet, emigracyjnym pokoleniu jest zawsze tylko Niemcem.
Znowu szmer zadowolenia i ciche okrzyki entuzjazmu przerwały mówcy. Odczekał chwilę, potem znów zabrał głos: – Aby nie wylęgli się zdrajcy w naszym gronie, ograniczyliśmy naszą liczbę do tysiąca. Jest nas tysiąc i tylko, gdy któryś z braci śmierć poniesie chlubną, przy wykonaniu powierzonego mu zadania, nowego brata przyjmujemy w nasze szeregi, by liczba nasza nigdy nie malała. Dlatego zebranie nasze w celu przyjęcia nowego brata jest zarazem zebraniem żałobnym. Pożegnaniem tego, który zginął. Po wykonaniu zamachu na gubernatora stanu Massachussets odebrał sobie życie, by nie wpaść w ręce policji amerykańskiej, brat Śmigły. Brat Śmigły nazywał się Karol Bergstein. Powstańcie bracia, by oddać bratu Śmigłemu ostatnie pożegnanie!
Dwudziestu czterech zamaskowanych powstało, w milczeniu, ze swych miejsc. – A teraz – ciągnął dalej mówca, gdy bracia zajęli z powrotem swe miejsca – trójka najwyższa przedstawia nam nowego brata-adepta. Trójka najwyższa obdarza brata tego zaufaniem i, nie krępując waszej decyzji, proponuje wam, byście go przyjęli w miejsce zmarłego brata Śmigłego i do wszystkich dopuścili tajemnic. Czy macie jakie zapytania, bracia, nim adepta powołamy przed wasze oblicza?
– Czy trójce najwyższej wiadoma jest przeszłość brata-adepta? – zapytał jeden z zebranych. – Brat, o którego przyjęciu stanowić macie, prześladowany był dla miłości Niemiec, a zanim przybył do Stanów Zjednoczonych nosił mundur w ojczyźnie. Brat ów jest to człowiek odważny i wiele obiecujemy sobie po nim. Czy są jeszcze jakieś pytania?
Nie odezwał się nikt, przeto przemawiający usiadł i szepnął słów parę przewodniczącemu, który dał znak gospodarzowi zebrania: – Wprowadzić brata-adepta.
Japończyk w milczeniu usłuchał rozkazu. Drzwi bocznego pokoju otworzyły się i na środek sali wszedł ten, który miał dopełnić liczby tysiąca sprzysiężonych. Pewnym siebie wzrokiem powiódł po zebranych. On jeden z tego całego zebrania nie był zamaskowany.
Adept zatrzymał się na trzy kroki przed stołem prezydialnym i złożył ukłon, poczem wyprostował się i czekał. – Kto jesteś i czego szukasz tutaj? – zapytał go przewodniczący świeżym, melodyjnym głosem, który bratu-adeptowi wydał się głosem kobiecym. – Jestem Niemcem i przyjacielem Japonii – odparł zapytany. – Przychodzę z prośbą o przyjęcie mnie w wasze szeregi. – Czy wiesz kto jesteśmy? – Tysiącem szlachetnych, których hasłem służba ojczyźnie. – Czy wiesz jak się nazywamy? – Sprzysiężeniem ślepego Johna. – Czy wiesz czego żądamy? – Posłuszeństwa i dochowania tajemnic. – Na co zasługują zdrajcy tajemnic? – Na śmierć. – Jak chcesz służyć sprzysiężeniu? – Ze wszystkich sił swoich, krwią swą i życiem w razie potrzeby.
Brat-adept odpowiadał spokojnie donośnym głosem. – Znasz hasło sprzysiężenia? – Znam je. – Jak brzmi ono? – „Biada Ameryce”.
Przewodniczący skinął głową. Usta braci wykrzywiły się w uśmiechu zadowolenia.
Przewodniczący zwrócił się do obecnych. – Oto brat-adept. Przypatrzcie się mu dobrze. Przyjrzyjcie się bardzo dokładnie, bracia. Na zawsze zapamiętajcie sobie jego rysy. Gdyby zdradził sprawę i nasze tajemnice, wam przypadnie wykonać na nim wyrok śmierci. Przypatrzcie mu się dobrze, o bracia.
Adept stał spokojny i nieruchomy. – Pokażcie mu, co czeka nieposłusznego, co czeka zdrajcę tajemnic!
Dwudziestu czterech powstało. Z otworów masek wyglądały ich błyszczące oczy. Dwadzieścia cztery rąk sięgnęło do kieszeni i dwadzieścia cztery czarne browningi błysnęły w półświetle. – Policzcie kule, bracia.
Rozległ się suchy, niemiły chrzęst wyładowywanej broni. Przewodniczący powstał również. Cichym, złowieszczym głosem począł liczyć. – Dwadzieścia cztery niezawodnych browningów, w każdym browningu siedem niezawodnych kul. Razem kul sto sześćdziesiąt i osiem. – Bracie-adepcie te kule przeszyją ciebie, gdy dopuścisz się zdrady! – Niemiec nie zdradza swej ojczyzny, a ja jestem Niemcem! – odparł adept śmiało, mimo że nie było w zwyczaju odpowiadać na to ostrzeżenie.
Przychylny szmer był odpowiedzią na te słowa. – Usiądźcie i schowajcie rewolwery, bracia! – ozwał się znów melodyjny głos przewodniczącego. – Podaję pod głosowanie, czy brat-adept, przedstawiony wam tutaj, ma wejść w szeregi sprzysiężenia? Za przyjęciem gałka biała, przeciw przyjęciu czarna.
Na stole prezydialnym ukazała się urna. Japończyk, cichy i szczupły, rozdał braciom po dwie gałki do losowania. Jedną z nich wrzucić mieli do urny, drugą oddać przewodniczącemu.
Rozpoczęło się głosowanie, którem bynajmniej nie zmieszany adept ciekawie rozglądał się po sali. – Dwudziestu czterech braci głosowało! – ogłosił przewodniczący wynik. – Brat-adept zostaje przyjęty.
Przewodniczący zdjął maskę z twarzy, i mimo, iż włosy były przyczesane po męsku adept poznał natychmiast, iż przypuszczenia jego były prawdziwe.
Funkcje przewodniczącego pełniła kobieta!
Nie było jednak czasu na zdumienie. Kobieta-przewodniczący znów głos zabrała. – Bracie adepcie! – ozwała się. – Wobec wyniku głosowania zapytuję cię, jakie chcesz przybrać imię? – Nazywajcie mnie bratem – Błyskawicą. – A więc przypatrz się bracie Błyskawico, bowiem pierwszy i ostatni raz widzisz twarz mą bez maski. Jestem wysłanniczką „ślepego Johna” i w imieniu jego wzywam cię do złożenia przysięgi. Czyś gotów? – Jestem gotów. – A więc podaj mi rękę i powtarzaj!
Adept jął powtarzać pewnym głosem: – Na śmierć moją przyrzekam, iż w związku, do którego wstępuję, posłusznym będę bratem. Tajemnic organizacji nie zdradzę. Na każde jej wezwanie rzucę zajęcie i rodzinę i wszystko, co mam najdroższego, by spełnić rozkaz wydany. Nie cofnę się nigdy przed spełnieniem jakiegokolwiek czynu dla dobra i zwycięstwa sprzymierzonych. Nie ulęknę się trucizny ni sztyletu, ni kul wroga, nie ulęknę się niesławnej śmierci na szubienicy lub na elektrycznym krześle…
Po złożeniu tego przyrzeczenia przewodniczący wręczył bratu maskę i nowy browning na znak przyjęcia w poczet sprzysiężonych. Następnie bracia otoczyli nowoprzyjętego, prowadząc z nim cichą pogawędkę wymieniając uścisk rąk. – A teraz, bracia – ozwał się znów ten – który przemawiał na początku zebrania – rozejdźcie się w pokoju i bądźcie gotowi. Późno już i niezadługo świtać pocznie. – Biada Ameryce, bracia! – Biada Ameryce!
Prezydujący pierwsi opuścili dom. Po nich po dwóch, trzech, co czas jakiś, wymykać się poczęli bracia.
Wychodząc już, brat Błyskawica zwrócił się do jednego ze sprzysiężonych. – Objaśnijcie mnie łaskawie! Czy się nie mylę, mniemając, że zebraniu dzisiejszemu przewodniczyła kobieta. – Tak, to była kobieta. Jedyna kobieta w naszej organizacji. – Czy mogę wiedzieć, jakim nazywacie ją mianem?
Zapytany zniżył głos: – Nocy dzisiejszej – rzekł – przewodniczyła nam „Miss o szkarłatnym spojrzeniu”.
  
 O tym jak Miss o szkarłatnym spojrzeniu przeszyła serce Błyskawicy
Madlein Stoow
    Błyskawica wrócił do swojego mieszkania. Niewielka kawalerka urządzona w renesansowym stylu, oświetlona była wschodzącym słońcem.  Duże drewniane łóżko i piękne rzeźbione biurko zajmowały większa część pokoju. Błyskawica podszedł do okna.  Był bardzo z siebie zadowolony i jednocześnie zaintrygowany tym, czego się dowiedział tej nocy. Jeszcze wczoraj idąc na spotkanie bractwa ślepego Johna był pełen obaw, nie spodziewał się jednak, że przekonanie ich do siebie będzie tak proste. Tylko Miss o szkarłatnym spojrzeniu, kobieta …Tego się nie spodziewał. Piękna pani przewodnicząca wciąż zaprzątała jego myśli.
-Muszę o niej zapomnieć i to szybko inaczej cały plan weźmie w łeb! -powtarzał sobie w myślach.
Błyskawica, a raczej Piotr Stasiak musiał teraz skupić się na zadaniu. To od niego zależała przyszłość Ameryki, Polski i sojuszników. To on mógł ocalić swoją ukochaną Polskę i nie mogła tego zniweczyć żadna Miss, choć jej szkarłatne oczy wywarły na nim niesamowite wrażenie. Posturą przypominała małego, szczupłego chłopca. Ubrana w bordowy żakiet i ciemne spodnie nie wzbudzała podejrzeń. Jej biust skrzętnie ukryty pod sztywnym materiałem nie przykuwał uwagi. Maska zasłaniała całą twarz, ale kiedy ją zdjęła to już nie dało się jej pomylić z mężczyzną. Delikatna, jasna twarz z niewielkim pieprzykiem na policzku, lekko zadarty nosek, piękne duże usta i te cudowne, szkarłatne oczy. Wprawdzie włosy miała średniej długości, ale zaczesane do tyłu dodawały jej jeszcze więcej uroku.
Piotr stał tak wpatrując się ślepo w budynki za oknem i przypominał sobie jej obraz, raz po raz analizując każdy fragment jej magicznej twarzy. Nagłe pukanie do drzwi wyrwało go z zamyślenia.
-Cholera! O tej godzinie, kto to może być?- po cichu zaklął pod nosem.-Już otwieram, moment!- krzyknął głośno.
Poprawił włosy, wygładził narzutę na łóżku. Nie wiedział, kogo może się spodziewać. Zwierzchnicy nigdy nie odwiedzali go w mieszkaniu, to byłoby zbyt niebezpieczne. Z Mariną rozstał się dwa miesiące wcześniej, a Jack i Ben byli o tej godzinie w pracy. Wyjął z szafki browning, który dostał tej nocy i schował go za pas.
Podszedł powoli pewnym krokiem do drzwi. Uchylił je lekko. Teraz spoglądał wprost w szkarłatne oczy, które prześladowały go cały poranek.
-Co ty tutaj robisz?- był mocno zdziwiony i równocześnie zaniepokojony, ale nie dał po sobie poznać tego drugiego odczucia.
-Wpuścisz mnie do środka, czy będziemy rozmawiać na korytarzu?- uśmiechnęła się jasnowłosa kobieta.
-Tak, wchodź proszę!- otwarł szerzej drzwi.
Wyglądała inaczej niż w nocy. Przyglądał się jej uważnie w milczeniu. Miała na sobie beżowy, cienki płaszcz i buty na niewielkim obcasie. Jasne włosy, lekko falowane, delikatnie opadały na jej śliczną, dziewczęcą twarzyczkę. Usta miały mocno czerwony, pociągający kolor.
-Czy coś się stało? Tak dziwnie się mi przyglądasz.- uśmiechnęła się spoglądając w jego ciemne oczy.
-Przepraszam, wyglądasz inaczej niż w nocy. Czemu zawdzięczam twoją wizytę w moich skromnych progach?
Zdjęła płaszcz i niedbale rzuciła go na biurko. Miała na sobie czerwoną sukienkę mocno opinającą jej zgrabne ciało. Piotr na moment stracił oddech. Szybko jednak otrząsnął się i starał się kontynuować rozmowę z wyuczonym spokojem.
-Widzisz, zawsze staram się poznać bliżej naszych nowych braci, a ty Błyskawico wydajesz się bardzo ciekawą postacią.
-Dziękuję, ale chyba cię rozczaruję. Nie mam ciekawych osiągnięć, jak na razie. Myślę jednak, że uda się mi to szybko nadrobić w waszych szeregach.
-Nie o takie poznawanie mi chodzi. Twoją karierę znam na wylot, chodzi mi raczej o poznanie ciebie, jako człowieka, mężczyznę.
Spojrzała wprost w oczy Piotra z taką intensywnością, że zrobiło mu się gorąco. Podeszła do niego powoli, schwyciła jego opaloną dłoń. Jej dotyk był taki ciepły. Piotr jednak nie mógł pozwolić sobie na chwilę słabości. Miał do wykonania zadanie, dla którego był gotów poświęcić życie i żadna piękność nie mogła zniweczyć jego planu.
-Czy mogę poznać twoje imię?- zapytał cicho.
Kobieta wspięła się na palce i szepnęła do jego ucha swoim aksamitnie miękkim głosem:
-Ania…
-Ania, bardzo ładnie. – odsunął się, gdyż jej bliskość ograniczała jego racjonalne myślenie.
-Od jakiegoś czasu cię obserwowałam…
-Obserwowałaś? Co to znaczy, śledzicie mnie?!- oburzył się.
-To nie tak, uspokój się!- położyła rękę na jego potężnym ramieniu.
-Dostałam twoje dane pół roku temu. Chciałam cię sprawdzić, ale…
-Ale co?
-To miało trwać miesiąc, ale ja nie mogłam przestać. Widziałam cię z tą kobietą, tą brunetką…
-Mariną…
-Tak. Wiesz, kiedy widziałam jak cudownym jesteś mężczyzną zazdrościłam jej na każdym kroku. Jesteś taki szarmancki, szczery, a przy tym twardy i odważny…
Ania zbliżyła się do Piotra i złożyła delikatny pocałunek na jego ustach.
Odskoczył jak poparzony, mimo, iż jego usta pragnęły jej dotyku.
-Jak mogłaś? Co jeszcze widziałaś?- oburzył się ukrywając strach.
-Wszystko. Wiem, dlaczego do nas przystąpiłeś…- urwała cicho opuszczając wzrok.
Oczy Piotra zrobiły się duże, opadł ciężko na łóżko. Nie wiedział, w co gra Ania, ale czuł się zagrożony bardziej niż kiedykolwiek. Ta kobieta, bezwzględna kusicielka znała jego najskrytsze sekrety i mogła je wykorzystać przeciw niemu, tym samym niwecząc wieloletni plan. Nie mógł na to pozwolić.
-No, dlaczego powiedz?- zaśmiał się nerwowo.
-Nie bój się! Nie zdradzę cię. -  wyrwało się z piersi Ani.
-Zdradzisz?! Zwariowałaś?! Jestem lojalny wobec bractwa i nic na mnie nie znajdziesz.
-Wiem o tobie wszystko… Piotrze.
Jej słowa uderzyły w niego jak kula armatnia. Siedział na łóżku z wciąż otwartymi ustami. Wpatrywał się w Anię jak w piękną zjawę, która niszczy jego życie kawałek po kawałku.
-Ania, w co ty grasz?- wybełkotał przerażony.
-Piotr posłuchaj mnie uważnie. Ja nigdy nie wierzyłam w miłość. Mam prawie trzydzieści lat, miałam wielu mężczyzn, którymi bawiłam się jak lalkami, a kiedy mi się znudzili po prostu wyrzucałam. Miłość była dla biedoty, która nie miała innych uciech. Kochać-to były dla mnie puste słowa. Miałam wszystko, karierę w szeregach potężnej niemieckiej armii, pieniądze, znajomości, władzę… Myślałam, że to daje mi pełnię szczęścia do momentu…, kiedy cię poznałam.-spojrzała na Piotra zawstydzona.- Obserwowałam cię i coraz bardziej traciłam głowę. Nawet, kiedy dowiedziałam się, że jesteś polskim szpiegiem wynajętym przez Amerykę, nie potrafiłam cię znienawidzić.
Ania podeszła powoli do Piotra. Pochwyciła jego bladą twarz w dłonie, spojrzała w jego ciemne, podejrzliwe oczy.
-Zakochałam się w tobie i zrobię dla ciebie wszystko, co zechcesz tylko proszę spróbuj mnie pokochać.
Pocałowała go namiętnie. Piotr po dłuższej chwili złapał oddech i powoli otworzył oczy. Wciąż stała przed nim jego wymarzona kobieta, która na jego nieszczęście była wrogiem numer jeden.
-Cholera! Dlaczego życie jest takie niesprawiedliwe?
Piotr wstał, dłonią przeczesał nerwowo swoje kruczoczarne włosy. Wyjął browninga zza pasa i wycelował wprost w twarz Ani.
-Ania, jesteś piękną kobietą, ale nie potrafię ci zaufać. Niestety, ale wiesz zbyt dużo. Muszę…- nie potrafił tego powiedzieć.
Pierwszy raz zawahał się przystawiając lufę do głowy wroga. Nigdy nie sprawiało mu problemu zabijanie niemieckich kanalii, ale tym razem coś nie pozwalało mu pociągnąć za spust.
-Rozumiem. Zrób to. Życie bez ciebie i tak nie będzie miało sensu. Przez te pół roku pokochałam cię bezgranicznie nie zamieniając z tobą nawet jednego słowa. To niedorzeczne, śmieszne i nie podobne do mnie. Zawsze byłam zimną, wyrachowaną suką, a przez ciebie stałam się miękką, bezradną, uzależnioną od ciebie idiotką. Ale wolę umrzeć, jako zakochana idiotka, niż zimna suka. Zrób to proszę.
Palec Piotra zadrżał na spuście broni. Wpatrywał się w tą kruchą istotę przed sobą i nie potrafił znaleźć dobrego powodu, by ją zabić z zimną krwią. To, co mówiła rzeczywiście było niedorzeczne jednak on czuł coś bardzo podobnego. Mimo, że nie znał jej wcale, kiedy usłyszał na zebraniu jej aksamitny głos, poczuł się zniewolony. A teraz, kiedy stała przed nim taka bezbronna i piękna nie potrafił się jej oprzeć.
Usiadł na krześle, broń położył na biurku i westchnął ciężko.
-Jak ty sobie to wyobrażasz? Ja nie mogę, nie chcę przerwać zadania. Muszę ocalić mój naród. Oni we mnie wierzą, liczą na mnie nie mogę ich zawieść tylko z powodu osobistych rozterek.
-Spokojnie mamy czas. Zakończ swoje zadanie.
-Wiesz, co jest moim zadaniem?
-Tak. Decyzję pozostawiam tobie jestem gotowa na wszystko. Jeśli się nam uda uciekniemy stąd i będziemy razem. Ja postaram ci się pomóc, a przynajmniej nie będę utrudniać. Dla mnie Niemcy to ojczyzna, ale nie te dzisiejsze Niemcy. Kocham ład i porządek, ale nie potrafię się pogodzić z cierpieniem ludzi. To takie straszne, że nie widziałam tego wcześniej. Dopiero ty otwarłeś mi oczy. Dzięki tobie zrozumiałam, że ta wojna nie ma sensu. Więc jak, dasz nam szansę?
Piotr podszedł do Anie. Szybkim ruchem wygiął jej ramię w tył sprawiając jej duży ból. Kobieta jednak tylko delikatnie pisnęła. Po chwili wpatrywania się w jej przestraszone oczy pocałował ją w usta z siłą i zaborczością, jakiej wcześniej nie doświadczyła. Kiedy wreszcie oderwał od niej usta oboje ciężko dyszeli.
- Może i jestem naiwnym idiotą, ale czuję, że mówisz prawdę. Spróbujmy, ale jeśli mnie wydasz będę musiał cię zabić.
-Wiem…
Pół  roku później.
-Udało się! To był dwudziesty czwarty.-aksamitny głos kobiety wydawał się triumfować
-Ostatni.-spokojnie potwierdził mężczyzna.
Miss o szkarłatnym spojrzeniu wtuliła swoją twarz w szerokie ramiona Błyskawicy. Oboje ubrani w czarne kombinezony stali nad ciałem starca z opaską na oczach.
-Ślepy John już nie scali bractwa…- Ania pochyliła się nad ciałem starca.
-Jesteśmy wolni, teraz możemy spokojnie żyć. Niemcy niedługo upadną…
-Piotr, ale mnie będą szukać!- Ania była wyraźnie zaniepokojona tą myślą.
Wiedziała, że amerykański wywiad będzie jej szukał do skutku. Piotr uśmiechnął się, pocałował ją lekko w usta, po czym wyjął niewielki skrawek papieru.
-Za pomoc w uratowaniu Ameryki zostajesz ułaskawiona. A to twój nowy polski paszport. Od dziś kochanie jesteś Anną Stasiak, moją cudowną żoną.
-Jesteś niesamowity Błyskawico! Kocham cię!- Anie rzuciła mu się na szyję.
-Kto by pomyślał… Niemiecka oficer z polskim szpiegiem, dobry pomysł na książkę.
-Mam już nawet tytuł „ O tym jak Miss o szkarłatnym spojrzeniu przeszyła serce Błyskawicy”
Oboje śmiali się głośno wiedząc, że udało im się ocalić nie tylko Amerykę i Polskę, ale przede wszystkim swoją niezwykłą miłość.