Babska załoga – odcinek 5.


Odcinek 5
   Po niespełna piętnastu minutach Lil uspokoiła się na tyle, żeby opowiedzieć nam, co zaszło.
-Ten dupek czytał mój pamiętnik!- wykrzyknęła rozżalona.
-Jak to czytał? Jesteś pewna?- Andrea była zaskoczona.
-Tak. Zapytałam go czy czytał i zagroziłam, że jeśli tak to go zabiję, a on na to z uśmiechem, że w takim razie będzie musiał umrzeć. Oh, co za wredny typ.- Lil aż potrząsała głową ze złości.
-Uspokój się kochanie, widocznie to jakiś niewychowany człowiek, skoro nie potrafi uszanować czyjejś prywatności.- Vera jak zwykle starała się tak dobrać słowa, żeby nikogo nie oczerniać.
-Co za tajemnice tam kryjesz, że tak się wściekasz?- Andrea zaśmiała się cicho- Chyba nikogo nie zabiłaś? Nie?
Lil pewnie nikogo nie zabiła, ale gdyby mogła zabijać wzrokiem to Andrea właśnie by nie żyła.
-Andy czy ty musisz jej tak dokuczać?- Mery miała już dość uszczypliwości Andrei.
-Proszę, dajcie mi już spokój, chcę jeszcze na moment zasnąć i zapomnieć o tym… tym gnoju!
-Ok. Niech każda spróbuje się trochę przespać, za jakąś godzinę będziemy na miejscu może wtedy wybierzemy się do jakiegoś pubu.- miałam nadzieję, że faktycznie dojedziemy za godzinę, tyłek cierpnął mi już od tych twardych foteli.
 Dzięki monotonnemu bujaniu szybko zasnęłam. Obudził mnie dopiero głos kierowcy, który przez mikrofon rozdzierał się, że już dojeżdżamy do głównej stacji w Los Angeles. Przetarłam oczy i zerknęłam na dziewczyny. Każda podobnie jak ja jeszcze ziewała i przecierała oczy. Włosy Lil były mocno potargane, widocznie musiały ją męczyć jakieś złe sny i chyba strasznie się wierciła na fotelu, bo na jej głowie można było dostrzec mnóstwo kołtunów. Vera poprawiła swoją czarną długą sukienkę i powoli zaczęła ściągać nasze bagaże podręczne.
-Andrea proszę zabieraj!- Vera krzyczała do na wpół przytomnej Andrei- To twoja torba Mery! A tu dla ciebie Betty!- rzuciła moim niedużym kuferkiem.
Lil zdążyła sama wyjąć swój bagaż.
Na zewnątrz było już szaro. W końcu była godzina dwudziesta pierwsza. Jedna po drugiej wychodziłyśmy z autobusu. Stacja była ładna, ale nic poza nią nie było widać. Zamachnęłam się dyskretnie, aby wezwać taksówkę. Podjechał do nas pan wielką żółtą taksówką. Było w niej tyle miejsca, że pomimo ogromnego bagażu Lil zmieściłyśmy się bez problemu.
-Dokąd zabrać drogie Panie? Pewnie wieczór panieński?- zaśmiał się puszczając nam oczko.
-Niestety nie. Tylko zwykły wypad do LA. Jedziemy do Millennium Hotel.- nie wiem czy dobrze zrobiłam wyprowadzając pana z błędu, zaczął dziwnie na nas spoglądać.
-Millennium Hotel, oczywiście, świetny wybór!
-Mery, co to za hotel? Miałaś wziąć coś niedrogiego.- Vera miała nadzieję, ze wylądujemy w jakimś podrzędnym hoteliku, skromnie urządzonym, w którym nie ma zbyt dużych tłumów.
-Spokojnie Vera, to zwykły hotel. –Mery uśmiechnęła się tajemniczo.
Jadąc przez miasto mogłyśmy podziwiać piękne ulice i wspaniałe, oświetlone budowle jak nie z tej ziemi. Wszystko było takie żywe, takie kolorowe, a zarazem eleganckie i czyste.
-To miasto naprawdę jest anielskie!- Lil była zachwycona niczym małe dziecko, które ogląda nowa zabawkę.
Zresztą chyba wszystkie byłyśmy nim oczarowane. Było tu jak w bajce. To był dobry wybór. W takim miejscu, aż chciało się naprawiać własne życie. Tylko jak zacząć?
    Nagle nasza taksówka zatrzymała się pod budynkiem, który wyglądał niczym bajkowy zamek. Ogromne przeszklone drzwi pomiędzy wysokimi, potężnymi kolumnami i ten niezwykły blask, który dochodził z wnętrza. To był niesamowity widok. Przez moment trwałyśmy tak wpatrzone to cudo. Dopiero delikatne chrząknięcie taksówkarza pozwoliło nam wrócić do rzeczywistości. O ile można to nazwać zwykłą rzeczywistością.
-Drogie panie jesteśmy na miejscu, oto hotel Millennium.- taksówkarz obwieścił oficjalnym tonem.
-Mery to ma być ten skromny hotel?- Vera była równie przerażona jak zachwycona.
-W końcu to ma być niezapomniana wycieczka, więc warto dobrze się wyspać!- Mery zachichotała jak mała dziewczynka.
Udało jej się zrobić nam niespodziankę i była z tego widocznie dumna.
Kierowca wyszedł z samochodu żeby otworzyć nam drzwi. W jednej chwili zjawił się młody chłopak w czarnym kapelusiku, który załadował nasz bagaż na wózek i popędził przez oszklone drzwi do środka.
Przeskoczyłyśmy przez drogę hotelową i już byłyśmy przed oszklonymi wrotami, które z bliska wydawały się jeszcze większe. Już miałyśmy wejść, kiedy straszny pisk i huk spowodował, że każda z nas odwróciła się w tył.
o eraj!- Vera krzyczała do na wpół przytomnej Andrei
ęła ściągać nasze bagaże podręczne. e się wierciła na fotelu bo na jej GL-Boże nie!- Lil krzyczała.
-Vera nie!- Mery darła się jak opętana.
Vera leżała na drodze nieprzytomna, wokół było pełno krwi, a mężczyzna z samochodu, który ja potrącił, biegał wokół niej trzymając się za głowę. Podbiegłyśmy do Very. Sprawdziłam puls i oddech. Całe szczęście nie było zatrzymania akcji serca, ale Vera miała mocno rozbitą głowę i chyba złamaną nogę, bo była dziwnie wykręcona w drugą stronę. Szybko na miejscu zjawił się hotelowy lekarz i zaraz po nim ambulans. To wszystko działo się tak szybko. Andrea została z Lil i Mery, a ja wsiadłam do ambulansu, którym transportowali Verę do szpitala. Całe szczęście zaczęła powoli odzyskiwać przytomność.