Babska załoga. Odcinek 6


Odcinek 6
  Vera ocknęła się w ambulansie. Miała twarz zalaną krwią.
-Gdzie ja jestem? Co się stało?- wydusiła słabym głosem.
-Spokojnie kochana, wszystko będzie dobrze.- chciałam ją pocieszyć.
Chwilami miałam wrażenie jakby coś celowo próbowało nas powstrzymać przed dotarciem do Los Angeles. Wpierw problemy z samolotem, pinki, a teraz ten wypadek. Wiedziałam jednak, że nie możemy się poddać.
-Boli! Cholernie boli!- Vera zawyła z bólu.
-Co panią boli?- młody lekarz popatrzył jej w oczy.
-Noga, moja noga bardzo boli!- Vera wręcz wrzeszczała.
-Panie doktorze niech pan jej coś poda!- nie mogłam patrzeć jak cierpi, serce podchodziło mi do gardła, tak bardzo się o nią bałam.
-Niestety noga jest złamana, a ja nie mogę podać już większej dawki leków.- lekarz stwierdził łagodnie.
W tym momencie Vera schwyciła jego lekarski kitel i mocnym ruchem przyciągnęła go do swojej twarzy, w jej oczach było widać szaleństwo.
-Daj mi coś gnojku, bo nie wytrzymam!- wycedziła przez zęby.
-Spokojnie kotku, nic ci nie będzie.- pogładził jej zakrwawione włosy.
Vera spoglądała dalej na niego, ale jej wzrok stał się łagodniejszy, wciąż jednak mocno trzymała jego kitel nie pozwalając mu się odsunąć.
-Vera spokojnie. Jesteś silna wytrzymasz.- miałam nadzieję, że uwolni lekarza, ale ona nawet nie drgnęła.
Lekarz wpatrywał się w Verę,a ja nie mogłam odczytać jego emocji. Był jak kamień, na jego twarzy nie było widać ani strachu, ani żalu, ani nawet rozbawienia tą całą sytuacją. Wpatrywał się w Verę i gładził jej włosy dziwnie mechanicznie. Pewnie nie raz spotykała go taka sytuacja. Był widocznie już zupełnie nieczuły na ludzkie cierpienie.
-Panie doktorze proszę niech pan jej coś da. Ona bardzo cierpi.- błagałam go ze łzami w oczach.
Zauważyłam, że Vera zamknęła oczy, a po jej policzkach spłynęły łzy.
-Boże, co z nią, niech pan ją ratuje!- krzyczałam oszalała z rozpaczy- Ona nie może umrzeć!
-Spokojnie. Zack daj pani oxycodon.- mężczyzna w czerwonej kurtce wbił mi igłę w rękę zanim zdążyłam zareagować.
-Teraz proszę się uspokoić i głęboko oddychać.- lekarz mówił do mnie cicho.
-Co mi zrobiliście? Ratujcie Verę!- czułam, że słabnę.
Moje ciało chciało krzyczeć, ale było niemal bezwładne. Czułam się tak jakbym nie spała od tygodnia. Bałam się. W mojej głowie kłębiły się różne dziwne myśli. Moje oczy były takie ciężkie, a zarazem ze wszystkich sił starałam się ich nie zamknąć. Niestety przegrałam walkę z moim ciałem.
    Usłyszałam szum. Próbowałam otworzyć oczy, ale były takie ciężkie. Dopiero po chwili udało mi się podnieść powieki na tyle żeby zobaczyć osoby, które głośno mówiły, krzyczały, a może się śmiały. Nie mogłam rozpoznać tych dźwięków, ale rozpoznałam głosy.  To Mery, Lil i Andrea tak głośno się zachowywały. Stały wokół szpitalnego łóżka. Rozejrzałam się dookoła  i nagle powróciło.
-Boże, co z Andreą?- chciałam krzyknąć, ale udało mi się ledwie szepnąć zachrypłym głosem.
Wszystkie odwróciły się w moją stronę. Uśmiechnęły się przyjaźnie. To było dziwne. Były takie spokojne i zadowolone.
-No nareszcie śpiochu. Wyspałaś się za wszystkie czasy.- Mery podeszła do mnie i pomogła mi wstać.
-Jak możecie być takie, … takie zadowolone, Vera, …Vera nie – nie mogło mi to przejść przez gardło.
Do moich uszu dotarł dziwny dźwięk. Tak jakbym słyszała śmiech Very.
-Boże zwariowałam! Słyszę Vere. Jak to się mogło stać?- znów panikowałam, ale to wydawało się takie rzeczywiste.
-Nie zwariowałaś!- głos Very był taki rzeczywisty.
Andrea odsunęła się sprzed łóżka, na którym leżała cała i zdrowa Vera. No prawie cała i zdrowa. Jej noga była w gipsie i wisiała na szynie, ale poza tym miała jeszcze tylko kilka szwów na czole i to tyle.
-Vera ty żyjesz! – rzuciłam się jej na szyje – Ale ja widziałam jak… jak zamknęłaś oczy i …to było takie okropne.
-Betty, dzięki temu miłemu panu- spojrzała w stronę drzwi- Po prostu zasnęłam w karetce. Nic mi nie jest. Tylko złamana noga i pięć szwów. Ale za to z tobą było nie za dobrze.
- Tak. Wpadłaś w szał i Zack musiał cię uśpić.- młody lekarz uśmiechnął się pokazując białe, równe ząbki.
-Jak mogłeś?- oburzyłam się – Dlaczego mi nie powiedziałeś? Myślałam, że ona… ,że nie żyje.
-Próbowałem, ale zaczęłaś krzyczeć i rzucać się, mogłaś sobie coś zrobić, więc nie miałem wyjścia.- mężczyzna uśmiechnął się spoglądając przy tym na Verę.
Zaczęłam sobie powoli przypominać. Chyba faktycznie coś do mnie mówił, ale nie pamiętam jego słów tylko twarz nieprzytomnej Very i swój własny krzyk.
-Przepraszam. Głupio mi, ale to wyglądało naprawdę strasznie.- opuściłam wzrok.
Wszyscy zaczęli się głośno śmiać.
-Chodź tu do mnie moja dobra duszyczko.- Vera przygarnęła mnie do siebie i mocno utuliła.
Czułam się jak mała dziewczynka, która strzeliła ogromną gafę.
-Tak się o ciebie bałam.- do oczu napłynęły mi łzy.
-Wiem kochanie, wiem. Wszystko będzie dobrze. Jestem tu pod dobra opieką – spojrzała na lekarza, który puścił jej oczko- Uciekajcie do hotelu i wypijcie za mnie porządnego drinka.
-Vera, ale my nie możemy cię tu zostawić.- Mery była zdziwiona.
-Nalegam.- Vera spojrzała na nas wymownie.
Wszystkie domyśliłyśmy się, o co chodzi. Postanowiłyśmy, więc bawić się dobrze i trzymać kciuki za Verę.
   Wracając do hotelu miałyśmy okazję podziwiać kolejne dzielnice tego zaczarowanego miasta. Było tu tak pięknie, że mogłabym tu zostać na zawsze.
-To, co dziś będziemy robić? – Andrea chciała się zabawić.
-Wiem, że jesteś babo-chłopem, ale chyba czasami się myjesz. Ja wpierw zdejmę te śmierdzące szpitalem ciuchy i odprężę się w ciepłej kąpieli po takich okropnych przeżyciach.- Lil potrafiła być bardzo uszczypliwa.
-Ty mała żmijo masz szczęście, że tu jest ciasno, bo zaraz przestawiłabym ci ten sztuczny nosek.- Andrea nie pozostawała dłużna.
-Błagam was. Dość już rozlewu krwi na dziś. Pierwsze idziemy się umyć i przebrać, a później zbiórka w hotelowej restauracji. Od wczoraj nie miałam nic w ustach i jestem bardzo głodna.- Mery przejęła role Very i postanowiła pogodzić dziewczyny.
-W takim razie Los Angeles szykuj się, bo babska załoga w niepełnym składzie idzie na podbój.- krzyknęłam ściskając dziewczyny.