Babska załoga odc.10


Odcinek 10
   Za parawanem znajdowała się Vera i doktor Zack. Byli zupełnie nadzy. Nie trudno było się domyślić, co robili. Na nasz widok zakryli się pospiesznie szpitalnym kocem.
-Co wy tu robicie?- Vera pisnęła zaskoczona.
-Co my tu robimy? Co ty tu robisz?- Andrea przyglądała się im z uśmiechem na twarzy – Święta Vera jednak nie taka święta. Sama po nas dzwoniłaś. Ty zbereźniku!- Andrea wciąż się śmiała.
-Jak to ja po was dzwoniłam? Nic podobnego!- Vera była poirytowana słowami Andrei.
-Przepraszam to moja wina. Powiedziałam Andrei, że dzwoniłaś, żeby wyciągnąć ją z restauracji. Nie wiedziałam, że… Że będziesz zajęta.- byłam zażenowana całą ta śmieszną sytuacją.
-Może już lepiej pójdziemy.- Mery biegała wzrokiem po ścianach, usiłując nie patrzeć na Verę i Zacka, krępowała się bardziej niż oni.
-Dobry pomysł. Przyjdźcie jutro.- Vera starała się zakryć złość wymuszonym uśmiechem.
Zasłoniła parawan niemal przed naszymi nosami i oddała się  pieszczotom z doktorem Zackiem.
-Chyba powinnyśmy wyjść.- pospieszyłam dziewczyny, które wciąż były w lekkim szoku.
Ta dziewczyna za parawanem w ogóle nie przypominała naszej świętej Very. Nasza Vera byłaby taką sytuacją mocno zawstydzona, nie nasza Vera nie dopuściłaby do takiej sytuacji. Przyrzekła sobie, że nie prześpi się z żadnym mężczyzną przed ślubem. Uważała, że właśnie za ten grzech Bóg ukarał ją odbierając jej miłość życia. Nie chciała popełnić tego błędu po raz kolejny. Co takiego musiało się stać, że zapomniała o swoich przekonaniach i wartościach?
Miałyśmy nadzieję dowiedzieć się tego przy kolejnym spotkaniu.
-Szybko panie wychodzą.- pielęgniarka uśmiechnęła się do nas słodko.
-Kazała jej pani nie męczyć, więc się zmywamy. Proszę tylko to samo powiedzieć Zackowi.- Andrea odburknęła nieprzyjemnie.
Kobieta spojrzała na nią zdezorientowana, ale nie odezwała się ani słowem. Pociągnęłam Andreę za rękaw marynarki zmuszając ją do wejścia do windy.
-Nasza Vera zwariowała.- Andrea nie mogła zrozumieć postępowania przyjaciółki.
-Może po prostu się zakochała.- pomyślałam, że tylko to mogłoby tłumaczyć jej zachowanie.
-A może on podał jej jakiś środek. Może ona jest na lekach i nie wie co robi!?- Mery doszukiwała się w tej całe niecodziennej sprawie kryminalnych wątków.
-Nie sadzę. Zack wydaje się całkiem porządnym facetem.
-Może Mery ma rację. Chyba powinnyśmy tam wrócić.- Andrea rozważyła, poważnie słowa Mery.
-Uspokójcie się. Wracamy do hotelu. Jutro wrócimy. Verze nie dzieje się żadna krzywda, wręcz przeciwnie. Dobrze się bawi i nie powinnyśmy jej przerywać. Do tego nic nie wskazuje na to żeby była na prochach.- chyba tylko ja w całym tym towarzystwie potrafiłam myśleć racjonalnie bez zbędnych emocji.
Dziewczyny często przesadzały. Potrafiły z błahych spraw robić wielkie tragedie.  Wiecznie wychodziły z tego komiczne sytuacje. Jednak to właśnie w nich kochałam. Były takie troskliwe i cudownie szalone. Nie wyobrażałam sobie życia bez tych czterech wariatek. No właśnie gdzie nasza czwarta owieczka- Lili.
-Musimy sprawdzić, co u Lili.- zupełnie zapomniałam o tym, że Michael poszedł jej szukać. Mogło się to dla niego źle skończyć. Lil potrafiła być wredna i bezwzględna, jeśli ktoś sobie na to zasłużył.  A on zasłużył sobie jak nikt inny.
-No! Ciekawe, w jakim jest stanie?- Andrea gwizdnęła.
-Lili?- Mery nie bardzo zrozumiała, co Andrea miała na myśli.
-Nie Lili, raczej Michael. Może z nim być niewesoło. Ta jędza potrafi nieźle urządzić takich gości jak on.
-Takich? To znaczy, jakich?- teraz to nawet ja nie wiedziałam, co chodzi jej po głowie.
-Takich, którzy próbują się dobrać do jej wnętrza, a nie tylko do jej dupy.- Andrea spojrzała na nas jak na dwie głupie.
-Andrea, uważaj na słowa. Nie musisz jej obrażać.- potrafiła czasami być taka ordynarna.
-Przecież ja nikogo nie obrażam. To prawda i tylko prawda.
-Dobrze, już nie będziemy się przecież kłócić.- Mery starała się załagodzić sytuację.
-Jesteśmy na miejscu.
-Nareszcie.- spojrzałam z ulga na nasz piękny hotel.
Mery zapłaciła taksówkarzowi. Udałyśmy się do pokoju Lili bez słowa. Milczenie było lekiem na wszystko, a zwłaszcza na kłótnie z Andreą.
Stanęłyśmy przed drzwiami jej pokoju. Przez chwilę wpatrywałyśmy się w drzwi. Po dzisiejszej wpadce z Verą, chyba każda z nas wolała odczekać i posłuchać czy aby nie będziemy nieproszonymi gośćmi. Zza drzwi jednak nie dochodziły żadne odgłosy.
Mery zapukała delikatnie. Po chwili usłyszałyśmy kroki. Lili otwarła drzwi. W jej pokoju było ciemno. Jej twarz oświetlały tylko lampki z korytarza. Wyglądała okropnie. Miała zapuchnięte oczy, rozmazany makijaż i wciąż świeże łzy na policzkach. Jej jedwabny szlafroczek był cały umazany czarnym tuszem do rzęs, który musiał spływać na niego wraz ze łzami.
-Boże, Lili! Co się stało? Okropnie wyglądasz!- Mery była przerażona.
-Pewnie kopnął jej w tyłek.- Andrea nie szczędziła komentarzy nawet widząc jak Lili cierpi.
-Tak Andrea masz rację.- Lili odpowiedziała łamiącym się głosem
-Lil, ona zawsze gada głupoty. Nie słuchaj jej. Chcesz porozmawiać?- martwiłam się o nią. Dawno nie widziałam jej w tak złym stanie.
-Nie Bet. Chce zostać sama. Muszę sobie wszystko przemyśleć. Zobaczymy się rano na śniadaniu.- Lil była zapłakana, rozżalona, ale stanowcza.
-Dobrze. Nie zamartwiaj się za długo. Jesteś cudowna i nie możesz przejmować się jednym facetem. To nie w twoim stylu.- chciałam ją pocieszyć.
Niestety nie wyszło. Opuściła wzrok i zaczęła głośno łkać.
-No właśnie. Nie w moim stylu.- powiedziała i zamknęła nam drzwi przed nosem.
-Co im dziś wszystkim odbiło?- Mery zdenerwowała się zachowaniem Lili.
-Widocznie jesteśmy nieproszonymi gośćmi.- Andrea odwróciła się na pięcie i poszła do swojego pokoju. Ja i Mery stałyśmy jeszcze przez chwilę pod drzwiami Lil zastanawiając się, co zrobić. Uśmiechnęłam się smutno do Mery. Zrozumiała, że mam dość dzisiejszego dnia. Odwzajemniła uśmiech, pogłaskała mnie po policzku i odeszła w stronę swojego pokoju. Ja poszłam do swojego. Miałam nadzieję, że jutro wszystko się uspokoi. Nie spodziewałam się jednak zupełnie tego, co miało się wydarzyć nazajutrz.