Babska załoga. Odc. 14


Odcinek 14
Matthews przez chwilę spoglądał na purpurową ścianę, ale wydawał się zupełnie nieobecny.
-Kim jestem?- powtórzył zamyślony.
Wstał i podszedł do barku zrobić sobie drinka.
-Jestem mężczyzną urodzonym na Kubie. Moi rodzice zginęli, kiedy miałem pięć lat. Wuj przemycił mnie do Stanów rok później. Obiecał to mojemu ojcu i dotrzymał słowa, tyle, że później o mnie zapomniał. Stany to magiczny kraj. Tu można wszystko, jeśli ma się siłę i twardy tyłek.  Jako sześciolatek wylądowałem w sierocińcu. Pomimo to nie poddałem się. Ojciec zawsze powtarzał mi, że w życiu liczy się człowiek nie dom, nie rzeczy, nie pieniądze. Ludzie to siła. Wiedziałem, że muszę walczyć o swoje człowieczeństwo, o to żeby móc umrzeć nie zastanawiając się, kim jestem. A teraz ty zadajesz mi to pytanie, na które wydawało mi się, że znam odpowiedź. Niestety, kiedy zostałem adoptowany przez mężczyznę bez skrupułów, który nie liczy się z innymi ludźmi powoli stałem się taki jak on. Do dziś wydawało mi się, że to jak żyję to tylko moja sprawa i, że wszystko, co robię mogę czymś usprawiedliwić. Dopiero twoje słowa pozwoliły mi się obudzić. Powiedziałaś, że jestem pewny siebie i wredny, że jestem taki jak ci, którzy cię skrzywdzili. Nie wiem, dlaczego ale zabolało mnie to jak nic nigdy wcześniej. Poczułem, że masz rację. Obudziłaś mnie z tego obłudnego snu, w którym żyłem przez tyle lat. Nie chcę być człowiekiem, który musi się wstydzić swoich czynów, nie chcę wyrządzać innym krzywdy. Chce zasłużyć swoim życiem na twoją przyjaźń, a może nawet coś więcej. Chce wiedzieć, kim jestem. Mam nadzieję, że mi w tym pomożesz. – zwrócił się do Andrei.
Spoglądała głęboko w jego oczy i widziała tą dziwną przemianę, którą przeszedł w tak krótkim czasie.
-Spróbuję ci pomóc.- wzięła go za rękę.
Usiadł obok niej wciąż spoglądając na nią z powagą.
-Hej… Może teraz jakaś inna osoba, bo strasznie się ckliwie zrobiło.- Zack spojrzał z uśmiechem na Andreę.
-To teraz ja zadam pytanie.- Vera uśmiechnęła się do Zacka.
-Dobrze. Czekam.- potarł ręce z niecierpliwością.
-Dlaczego mnie poderwałeś i czy z każdą pacjentką tak robisz?- Vera opuściła wzrok.
Lekkie rumieńce na jej twarzy zdradziły, co miała na myśli. Zack był chyba zaskoczony tym pytaniem. Spodziewał się pewnie czegoś w stylu „Czy mnie kochasz” a tu proszę nasza Vera jednak twardo stąpa po ziemi.
-No, no. Szczerze, nie spodziewałem się takiego pytania.- potarł podbródek. Wyraźnie się denerwował – Mam nadzieję, że się nie obrazisz, ale nie odpowiem na to pytanie.
-Co!? Chyba żartujesz?- Vera nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała.
-To nie tak jak myślisz. Wiem jak to wygląda, ale po prostu nie chcę odpowiadać na to pytanie.- Zack starał się uspokoić Verę, która teraz rumieniła się ze złości.
-W takim razie mam dla ciebie zadanie.- uśmiechnęła się niewinnie, ale w je oczach szalały złośliwe ogniki.
-Oby to nie było nic szalonego.- Zack czuł, że Vera jest wściekła, ale nie spodziewał się z jej strony niczego, co mogłoby mu sprawić trudność. Nie należała do mściwych osób, a przynajmniej tak mu się wydawało.
-Twoje zadanie: Musisz przynieść mi nagrania z kamer karetki z całego tygodnia. – Vera spojrzała na niego z zaciętością i triumfem.
-Nagrania? Chyba zwariowałaś! Nie mogę wynosić kaset ze szpitala. Mogą mnie za to zamknąć. Chyba nie chcesz, żebym poszedł siedzieć.- Zack był poirytowany.
-Z tego, co pamiętam ta zabawa nie ma żadnych granic. To twoje zadanie i już.-ucięła szorstko- A jeśli pójdziesz siedzieć to będziesz miał czas żeby sobie przemyśleć kilka istotnych rzeczy. – Vera wstała, żeby zrobić sobie drinka, co z jej sztywną nogą było nie lada wyczynem, ale w tej chwili chyba złość dodawała jej sił.
-Dobrze, zrobię to, ale mam nadzieję, że te nagrania nie wyjdą poza ten pokój. -Zack spojrzał na każdego z nas z osobna.
-Taka była umowa na początku i myślę, że żadne z nas nie ma zamiaru jej złamać.- Michael również rozejrzał się wokoło, a każde z nas potwierdziło jego słowa twierdzącym ruchem głowy.
-Więc idę. Nie grajcie beze mnie.- Zack skierował się w stronę drzwi.
-A… Nie zapomnij, że masz dwie godziny i ani minuty więcej.- Vera dodała z perfidnym uśmiechem.
Zack opuścił pokój. Każde z nas nieco się rozluźniło. Taki obrót spraw oznaczał, że mamy chwile wolnego.
-Vera nie znałam cię od tej strony.- Lil klepnęła przyjaciółkę w ramię- Nie jesteś jednak taka święta jak się wydawało.
-Ten typek mnie perfidnie wykorzystał. Nie pozwolę z siebie robić przedmiotu, zabawki, którą można wyrzucić jak się znudzi. Niestety na świecie już chyba nie ma takich facetów jak mój ukochany Tomy. Bóg jest sprawiedliwy. Myślę, że Zack dostanie zapłatę za to, co robi, a ja tyko trochę pomagam Najwyższemu. – Vera opuściła głowę w zamyśleniu.
-No nieźle mu pomagasz. Jak go złapią to do końca życia już nikogo nie wyleczy.- Matthews uśmiechnął się do Very.
-Jak to do końca życia?- Vera analizowała jego słowa z zainteresowaniem.
-Jeśli go złapią to na sto procent straci prawo wykonywania zawodu. Takie prawo. – Matthews wyjawił jej co miał na myśli.
-Cholera! Mam nadzieję, że go nie złapią. To miała być tylko nauczka. – Vera przejęła się nie na żarty.
Chciała go nastraszyć, zrobić mu na złość, ale przede wszystkim chciała obejrzeć nagrania, aby potwierdzić swoje przypuszczenia. Nie chciała, żeby Zack przestał być lekarzem. Był dobrym lekarzem i w tej kwestii nie można mu było niczego zarzucić.
-Spokojnie Vera. To mądry facet, w końcu nie każdy kończy medycynę. Poradzi sobie. – musiałam ją pocieszyć, bo widziałam, że zaczyna się mocno martwić.
Jeśli coś pójdzie nie tak to Vera znów będzie się obwiniać podobnie jak wtedy, kiedy zmarł Tom. Zarzucała sobie, że mogła zrobić dla niego coś więcej, że mogła szukać pomocy u innych lekarzy, że mogła bardziej go kochać. Przez poczucie winy zamknęła się na świat i oddała się Bogu. Teraz, kiedy już wydawało się, że znów będzie szczęśliwa Zack okazał się draniem.
-Może coś zjemy? Myślę, że trochę na niego poczekamy.- Matthews pomasował brzuch.
-Dobry pomysł. Myślę, że każdy już zgłodniał.- Michael uśmiechnął się na samą myśl o przekąsce.
Matthews wykonał jeden telefon i już po kilku minutach zjawił się kelner z suto zastawionym stolikiem. Przekąski wyglądały cudnie. Owoce morza, sery i wędliny oraz półmisek kolorowych owoców i warzyw. Panowie od razu rzucili się na jedzenie. Andrea również do nich dołączyła.
-Pychotka. Dziewczyny chodźcie, musicie tego spróbować!- Andrea napychała usta raz po raz.
-Nic nie przełknę. Z nerwów mój żołądek skręcił się w spiralkę i nic nie przyjmie.- Vera siedziała wciąż wpatrując się w drzwi.
- A ja się poczęstuję. Mery chcesz coś?- wzięłam talerzyk i nałożyłam sobie kilka kawałków egzotycznych owoców.
-Nie. Może później. – Mery siedziała w kąciku, wbita w poduszki i rozmyślała Bóg tylko wie, o czym. Często miewała takie chwile zawieszenia, w których niemal nie było z nią kontaktu. Zazdrościłam jej tej sztuki wyłączenia się z teraźniejszości. Nie obchodził ją świat zewnętrzny, miała swój własny świat i potrafiła się do niego przenieść, kiedy tylko miała ochotę.
-Lil, a ty?- wiedziałam, jaka będzie odpowiedź, ale nie zaszkodziło spytać.
-Wiesz, że o tej porze już nie jadam.- Lil pokiwała głową myśląc sobie pewnie, ze już ją męczy to ciągłe przypominanie nam o swoich przyzwyczajeniach.
-Masz rację to dobry nawyk. Dlatego też masz taką figurkę.- Michael uśmiechnął się do Lil.
-Wiesz Bet, chyba jednak zmieniłam zdanie. Nałóż mi trochę krewetek i mango. Czas najwyższy zmienić przyzwyczajenia.- spojrzała złośliwie na Michaela.
Sprawiało jej przyjemność robienie mu na przekór. On tylko przecząco pokręcił głową, jakby chciał powiedzieć, „co za uparta dziewczynka”.